Nie chcieliśmy... ale już chcemy!

 

Rekolekcje ewangelizacyjne (7-13.08.2015 - Mrzeżyno)

Nie wyście Mnie wybrali, ale ja Was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15, 16).
Bóg w Trójcy w sposób jasny określa, kto kogo wybiera. To nie człowiek wybiera Boga, ale Bóg wybiera człowieka. Kieruje wtedy do osoby powoływanej przez siebie słowa: „Pójdź za Mną”. Jest to ogromna łaska, a zarazem wezwanie, propozycja, która wymaga ze strony powołanego odpowiedzi. Nawet, jeśli tego nie chcemy, albo nie rozumiemy. U nas tak było.

Rok A.D. 2015. Mając za sobą 17 lat sakramentalnego małżeństwa, troje dzieci, różne doświadczenia życiowe i w Kościele, a nawet świadectwa, także muzyczne oraz rekolekcje parafialne i weekendowe, głównie z cyklu: „Miłosierdzie Boże i Dzienniczek św. siostry Faustyny”, nie do końca wiedząc, czego od nas będzie wymagał Bóg na tym etapie życia i mając nieustannie wiele własnych pomysłów na życie - zatrzymaliśmy się raz w biegu i pozwoliliśmy pozwolić sobą pokierować, choć nie bardzo wiedzieliśmy, czemu tak się dzieje...Tak to pierwszy raz w życiu, trochę wbrew nam samym, trafiliśmy na oazę wakacyjną – rekolekcje ewangelizacyjne z naszymi dziećmi.

Ale, ale zanim się to stało...

Na co dzień mieszkamy w Europie Zachodniej, w Niemczech, gdzie praca i konsumpcjonizm są „ex aequo” wyciągane w górę i stawiane w hierarchii wartości jako główny cel życia. Z każdej ze stron życia społecznego wywierane są naciski na te dwie płaszczyzny, udowadniając ze wszystkich sił, jak ważne i nie do zastąpienia są te rzeczy, choć czasem może i w życiu jedyne... Ale tylko to... to droga donikąd, co często wychodzi w praktyce i o tym my akurat już wiedzieliśmy. Wcześniej poczuliśmy, że tylko ten „materializm” nam nie wystarcza.

Już na początku roku 2015 dotarło do nas, że w tym roku Bóg chce nas widzieć w wymiarze większym, niż zwykle i że chce się nami jakoś zaopiekować. To chyba z okazji naszych jubileuszowych, okrągłych urodzin przeżywanych w tym roku?! - pomyśleliśmy. Oczyma wyobraźni widzieliśmy dla siebie różne, ładnie zapakowane prezenty, niekoniecznie materialne i tak jakoś nam się dusza zaśmiała :-). Poczuliśmy się też bardzo zmęczeni...

Co to może oznaczać?
Góra już wiedziała, a my się martwiliśmy...

Od stycznia 2014 r. należymy do kręgu rodzin Domowego Kościoła przy jednej z Polskich Misji Katolickiej w Niemczech, które istnieją tam już równe 20 lat, we wrześniu b.r. przypada ten jubileusz. Nie chcieliśmy tam przynależeć, bo mamy prawie 50 km, bo praca, może nie trzeba, nie ma siły, etc.

Ale Bóg nas wybrał i zawołał. 
Kroczkami do kręgu, a potem na Oazę Rodzin. 

Potem zaproszono nas na opłatek i próbne spotkanie nowo tworzącego się kręgu (styczeń 2014). Na 5 rodzin tylko 1 małżeństwo chciało wtedy świadomie przystąpić do Ruchu Światło-Życie – do Domowego Kościoła, stając się przez to ogniwem motywującym kierownictwo do utworzenia nowego kręgu. Reszta, w wyniku „łapanki” znalazła się z przypadku. My, nie do końca świadomie – wśród nich. Zostaliśmy na kolejnych kilku spotkaniach tylko dlatego, że byli tam fajni ludzie i ciekawie nam się rozmawiało. W międzyczasie uzmysłowiliśmy sobie, że po tych spotkaniach czujemy się jakoś... fajnie :-)

W styczniu 2014 r. namawiano nas do oazy, ale nie byliśmy do tego dojrzali . Wszyscy mieliśmy tez już inaczej zaplanowane lato. W związku z tym żadna z 5 nowych rodzin, która utworzyła, z pewną taką niepewnością w styczniu nasz nowy krąg, na oazę w roku 2014 nie pojechała...Nawet się wtedy cieszyliśmy, że możemy się poświęcić wyłącznie świeckim i prywatnym planom w wakacje.

Bóg obserwował i czekał.

Szczęśliwie przeżyliśmy rok formacyjny 2014. W styczniu 2015 Maria i Edward, radośni i energetyczni „głównodowodzący“ naszymi wszystkimi kręgami, znów zaczęli motywować, a wręcz agitować nowych kręgowiczów (2 kręgi, jakieś 10 rodzin) do zapisania się na rekolekcje wakacyjne z Domowego Kościoła. Z NIEDOWIERZANIEM przysłuchiwaliśmy się ich opowieściom pełnym euforii, jak to dużo plusów posiadają takie wyjazdy i jak dużo dobrego wnoszą. Podobnie jak w poprzednim roku, wszyscy mieli znów inne plany, a i szereg przeszkód na ewentualna Oazę Rodzin... dosłownie wszyscy borykali się z jakimiś problemami już na starcie! My w styczniu, po przeanalizowaniu listy rekolekcji na głównej stronie Domowego Kościoła stwierdziliśmy, że nic nam niestety nie pasuje... bo, bo, bo... Poczuliśmy się szczęśliwie zwolnieni i... odsapnęliśmy... Ciągle wydawało nam się to trochę za mistyczne jak na lato...

A tymczasem...

Pewnego dnia, w środku zimy, cierpiąc na chorobę zwana grypą..., wyjątkowo mając czas, odebraliśmy telefon od naszej animatorki Dorotki, która, wraz z Markiem, mężem oznajmiła, że wynalazła dla nas letnie, tygodniowe rekolekcje ewangelizacyjne w Mrzeżynie nad morzem, uwzględniające wszystkie nasze potrzeby, przesłanki, problemy. Poprosiła, żeby się temu przyjrzeć. Ze zdziwieniem... czując jedynie, że... TO DOBRE, bo nagle wszystko się zgadza (!), łapnęliśmy za laptopa i telefon i zadzwoniliśmy do Ewy, osoby współorganizującej te rekolekcje w Diecezji Szczecińsko-Kamieńskiej. Okazało się, że to już końcówka miejsc i decyzja „na tak“ musi paść jak najszybciej. Chwilę później już byliśmy na liście uczestników...sami się temu przyglądając ze zdziwieniem i z trudem odpierając w sobie ataki myśli pt. „czy na pewno nam to aby potrzebne?”. Nie minął miesiąc, jak 100% osób w naszym kręgu, bez wcześniejszego porozumiewania się wyjawiło sobie nawzajem, że zapisali się na pierwsza oazę i zniknęły wszystkie, różnorodne i nie do pokonania trudności!

Pan jest Pasterzem moim, niczego mi nie braknie...”, ciśnie się na usta :-)

Maria i Edward, nasi radośni i energetyczni „głównodowodzący” w naszej Misji, po cichutku i nic nie mówiąc nikomu, uprosili bowiem jakoś w tajemniczy sposób łaskę pojechania na oazę wakacyjną wszystkim nowym kręgowiczom z naszego kręgu i większości z drugiego, który powstał z nami! Wiedząc, że to dla nas dobre, choć my nie do końca w to wierzyliśmy. 

Po cudownym zniknięciu problemów, wszyscy pierwszy raz w tym roku, postanowiliśmy poświęcić Bogu czas w wakacje i pojechaliśmy na różne turnusy na terenie całej Polski.

My wylądowaliśmy na REKOLEKCJACH EWANGELIZACYJNYCH w MRZEŻYNIE. Nie wiedzieliśmy do końca co będzie, ale wiedzieliśmy, na pociechę, jest to nasz ulubiony region turystyczny, gdyby tak reszta nam się nie spodobała. Wiedzieliśmy też, że będzie program i porządek dnia i trzeba się będzie dostosować. Trochę się tego baliśmy, bo mieliśmy w planie troszkę prywaty, np. jazdę na rowerze. Raz, na początku, nawet uciekliśmy z jutrzni, żeby złapać wiatr we włosach. Może to i było fajne, ale nie do końca słuszne. Okoliczności, które temu towarzyszyły, a mianowicie zgubienie kluczy od pokoju w domu rekolekcyjnym, zamęt temu towarzyszący, szybko uzmysłowiły nam, że nie warto było postawić Boga na dalszym miejscu... Byliśmy rozkojarzeni i czuliśmy się winni. Nie zjedliśmy śniadania i ominęliśmy parę punktów przedpołudniowych z grupa, a była to niedziela. Jakoś nie odpoczęliśmy. Mieliśmy wyrzuty sumienia... Wewnątrz nas samych słyszeliśmy pytanie: „Dobrze Ci bez Boga w Twoim prywatnym świecie?”. Tak naprawdę było nam samotnie i smutno. Najedliśmy się wstydu, a wcześniej postanowiliśmy nie zwracać na siebie uwagi... przez swoje porządki jakoś zrobiliśmy odwrotnie. Skruszeni wróciliśmy wiec do punktów programu. A tu wieczorem: mały cudzik! Po wieczornym namiocie spotkania w kaplicy - klucz, którego wcześniej szukaliśmy wszędzie, myśląc, ze zgubiony poza budynkiem i spisany już na straty- niemal zaatakował nas dosłownie (!!!), spadając z niewiadomego miejsca w pokoju, przeszukanego wcześniej dokładnie poprzez 3 osoby!

Radość! Bóg do nas wrócił, przebaczył i dał nam swój znak:-)

Dlatego do końca oazy wysłuchaliśmy z uwaga tego, co było nam przez Boga i ludzi postawionych, do usłyszenia właśnie tam zostawione. W ten sposób odpakowywaliśmy swoje, wyjątkowe urodzinowe, jubileuszowe prezenty od Boga. Miały postać WIELKIEJ RADOŚC I BŁOGOSTANU wewnętrznego i zewnętrznego. Było to jakieś cudowne, swego rodzaju zawieszenie i oderwanie się od rzeczywistości trudnej i z problemami, frajda przebywania w rzeczywistości jakby nierealnej, ale jednak prawdziwej, gdzie było tak ciepło i bezpiecznie i radośnie! 

DOŚWIADCZYLIŚMY w ciągu paru zaledwie dni:

  • spokoju, jakiego potrzebowaliśmy i szukaliśmy;
  • cudownych, różnorodnych postaw od obcych nam przecież na początku ludzi i dialogów z nimi, porównywalnych do zjedzenia najlepszych deserów :-)
  • opieki tychże ludzi, którzy gratis i z ogromnym zaangażowaniem oraz sercem, według jakiegoś fantastycznego planu ciągle wychodzili komuś naprzeciw, którzy - o dziwo - nie byli tym w ogóle zmęczeni, a wręcz uradowani i tę radość wlewali w nas (sytuacja niewyobrażalna w normalnym świecie!);
  • stanu przyjemnego zawieszenia w głowie i ciele;
  • mrowień w sercu i w mózgu pod wpływem słów i postaw ludzi;
  • zimna i drgawek oraz ciepła w sercu i ciele na zmianę, w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu i przyłożenia każdemu z uczestników monstrancji do jego serca na kilka minut... było to takie głębokie uniesienie na wskutek jakiejś rzeczywistej obecności BOGA, stojącego obok nas, podczas 3-godzinnej nocnej modlitwy wstawienniczej. Poczuliśmy wtedy, że naprawdę KTOŚ SILNIEJSZY się nami opiekuje i chce dla nas dobra... głębokie przeżycie.

Zrozumieliśmy, że dobrze, że pozwoliliśmy się zaprosić do:

  • radości ze wspólnych, spokojnych posiłków i czasu wolnego, czasu zupełnej beztroski
  • codziennych Mszy św. we wspaniałej atmosferze
  • świetnych konferencji ze słowami nam potrzebnymi
  • solidarności np. podczas szukania małego, zagubionego Antosia, dziecka uczestników CZYLI WSPOLNOTY w szerokim i miłym tego słowa znaczeniu.

NASZE WNIOSKI:

  • oaza rekolekcyjna to ŚWIETNA SPRAWA, BO MOŻNA TAM „RÓWNAĆ DO LEPSZYCH! :-)
  • Jedziemy znów! Tym razem w góry na ORAR I st., po świętach Bożego Narodzenia, już jesteśmy zapisani :-)
  • na kilkadziesiąt osób, które uczestniczą - WSZYSTKIE SĄ SUPER... rzecz niebywała w normalnej społeczności!!! :-) - dyscyplina nam bardziej posłużyła niż zaszkodziła
  • nasze dzieci (trójka chłopcy w wieku 8-16 lat) – zachwyceni atmosferą, wzajemną pomocą, wspólnymi zajęciami i akcjami; najstarszy, pomimo wcześniejszej obojętności, przykładem młodzieży z diakonii z radością sam zaangażował się w diakonii wychowawczej
  • jako rodzice odpoczęliśmy i pomimo dużej ilości zajęć mieliśmy czas dla siebie i dla rodziny i tzw. luz w głowie, którego od dłuższego czas pragnęliśmy.

Na końcu doświadczyliśmy pięknego cudu.
Po 600 telefonach wykonanych w ciągu 1,5 doby do pobliskiego, ukochanego Rewala, gdzie chcieliśmy się wybrać na kilka dni wypoczynku po skończonej oazie usłyszeliśmy, że nie ma nigdzie miejsc. Totalny brak możliwości zarezerwowania jakiegokolwiek pokoju dla naszej piątki w ostatniej chwili, długi weekend itd... Po 601 telefonie, który sam do nas zadzwonił, dostaliśmy cudowny apartament 2-pokojowy, z ogrodem i w ulubionym, wymarzonym miejscu, za bardzo niską cenę, która normalnie nie funkcjonowała, bo była to pełnia sezonu i natłok ludzi ze względu na piękną i utrzymującą się słoneczną pogodę. Pełni niepewności pojechaliśmy tam i usłyszeliśmy, że „swój swojego znajdzie”:-)

ODPOCZYNEK W REWALU NA ROWERACH UDAŁ SIĘ CUDOWNIE! Właściciel okazał się dobrym człowiekiem, a nasze przeżycia tam były w stylu : „fruwamy” :-) Dostaliśmy więcej, niż pragnęliśmy!
Cały czas myśleliśmy o świeżo przeżytej oazie, otrzymanych tam łaskach i o tym, że to kolejny prezent dla nas! Tak też było! Kilka dni później poszliśmy na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę z rodzinnej parafii. Dzieci, które miały iść tylko kilka kilometrów, pokonały z nami 50 km i z wielkim zaangażowaniem i radością dotarły przed tron Mateczki. Po drodze wiele pomocnych dłoni w formach nam potrzebnych!
Wszystko nam się podobało i do końca urlopu udało. Można powiedzieć, że oddając Bogu dobrowolnie trochę czasu, czyli taką swoją małą ulubioną maskotkę, dostaliśmy nieoczekiwanie DUŻĄ, PIĘKNĄ , NIESAMOWICIE MILUSIĄ MASKOTKĘ!

Wyjątkowo udane wakacje :-) Z tego miejsca dziękujemy:

  • BOGU, że nawet kiedy nie wiemy, co dla nas dobre, ON WIE i kieruje nas na właściwe drogi :-)
  • księdzu Marcinowi Nockowskiemu i diakonowi Pawłowi Michniewiczowi z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej za prowadzenie, mocne słowa, słowo Boże i wspaniałe konferencje
  • Ewie Jarczak i parze moderatorskiej Beacie i Jurkowi Konowalczykom za wspaniałą organizację i współprowadzenie oraz pracę animatorską w kręgach ale przede wszystkim SERCE
  • diakonii wychowawczej – dorosłym: Annie Karut z córkami, małżeństwu Joli i Krzysztofowi z dziećmi, młodzieży: Dorotce Drozdzie, Julii Skoraszewskiej, Klarze Konowalczyk, Marysi, Marcie, Szymonowi Mogielskim, Marysi Jędrzejewskiej i Piotrowi Szlendakowi – wolontariuszom, dzięki którym do diakonii wychowawczej z radością dołączył nasz syn Maximilian;
  • diakonii muzycznej: Lilianie i Marcinowi Jędrzejewskim

Na końcu zacytujemy wiersz, który nas od tego czasu prowadzi, a który czytał na jednej z konferencji ks. Marcin Nockowski. Szczególnie ważne wydają się być cztery ostanie wersety:

 

Jeździec Jerzy Liebert

„Uciekałem przed Tobą w popłochu,
Chciałem zmylić, oszukać Ciebie -
Lecz co dnia kolana uparte
Zostawiały ślady na niebie.

Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie.

Nie mam słów, by spod Ciebie się podnieść,
Coraz cięższa staje się mowa
Czyżby słowa utracić trzeba,
By jak duszę odzyskać słowa?

Czyli trzeba aż przejść przez siebie,
Twoim słowom siebie zawierzyć -
Jeśli trzeba, to tratuj do dna,
Jestem tylko twoim żołnierzem.

Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom -
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę”

Marzena i Mariusz Bryś z synami: Maximilianem (16 l), Samuelem (11 l), Philippem-Pio (8 l)
Polska Misja Katolicka, Niemcy wrzesień 2015

Kategoria: