Mój Exodus...

      Na rekolekcje II stopnia w Mrzeżynie dotarliśmy z Ewą dosłownie ostatkiem sił. Kilka dni przed rekolekcjami nasz samochód odmówił posłuszeństwa i w efekcie dojechaliśmy PKS-em. Ostatni kilometr z przystanku z bagażami i potężnym bólem głowy był naprawdę trudny. Zarazem był to również obraz duchowego ucisku doświadczanego przez nas już od dłuższego czasu. Tego, że chciałbym robić dobre rzeczy, których oczekuje ode mnie Pan, a nie mogę się za nie zabrać, bo … sam dokładnie nie wiem.
Na rekolekcjach Bóg zajął się moim problemem kompleksowo: codziennie Jutrznia, Eucharystia, Namiot Spotkania, krąg biblijny, szkoła liturgiczna, czas na odpoczynek dla ciała, pogodne wieczory - razem się powygłupiać to też sztuka. I wspólnota - przebywanie w gronie życzliwych ludzi, wspierających się nawzajem jest jak źródło wody na pustyni. 
Przeżywanie księgi Wyjścia z Izraelitami, w liturgii Kościoła, we własnym sercu sprawiło, że poznałem moje kajdany - lęk przed ośmieszeniem w oczach innych i niechęć do wysiłku sprawiały, że unikałem dotychczas robienia więcej niż konieczne. Dzięki temu ośmieliłem się zgłosić do prowadzenia śpiewu w czasie jutrzni, a po rekolekcjach w parafii zgłosiliśmy się z żoną do chóru parafialnego.
Z kolei głęboko przeżyty dialog małżeński zaowocował pragnieniem lepszego poznawania siebie nawzajem i postanowieniem łączenia dialogu z następującym po nim sakramentem pojednania. 
Z Mrzeżyna niestety trzeba było wyjechać, ale czas z Bogiem się nie kończy. Trwa walka o nasz codzienny Kanaan, chociaż są tu „Anakici, Amalekici, Chetyci, Jebusyci, Amoryci i Kananejczycy” - na serio staramy się podejmować zobowiązania; pod ich realizację dopasowujemy plan dnia i tygodnia. Z Bogiem jesteśmy szczęśliwi - On sam troszczy się o nasze życie. 
Niech będzie uwielbiony nasz Pan Jezus Chrystus! 

Dariusz Omietoński

 

Kategoria: