Droga do Świętego Krzyża

 

Wakacyjne wędrówki

Królewskim szlakiem

Lipcowy piątek zapowiadał się niezwykle pogodnie. Nawet upalnie. Wyruszając na kolejny urlopowy szlak za cel obraliśmy tego dnia sanktuarium relikwii Krzyża Świętego, mieszczące się w klasztorze misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Łysej Górze. U początku malowniczej Drogi Królewskiej, prowadzącej na ten drugi co do wysokości szczyt Gór Świętokrzyskich (595 m n.p.m.), spotykamy Emeryka, zwanego Pielgrzymem Świętokrzyskim, który zamieniony w kamienny posąg pokutuje od wieków za grzech zarozumiałości. Ponoć co rok porusza się o ziarnko piasku w stronę klasztoru, a gdy tam dotrze, nastąpi koniec jego pokuty. Nie zamierzamy mu przeszkadzać w jego mozolnej pielgrzymce dziarsko ruszając przed siebie wilgotną ścieżką, wijącą się pośród ociekającego soczystą zielenią prastarego lasu. Znój stromej wędrówki rekompensował orzeźwiający chłód panujący w naturalnie klimatyzowanym tunelu leśnym, prowadzącym prawie na sam szczyt, to jest do rozwidlenia szlaku. Jego odnoga prowadziła do położonego nieopodal sanktuarium Miejsca Pamięci Narodowej, cmentarza jeńców radzieckich z okresu II wojny światowej (1941-43), więzionych przez hitlerowców w nieludzkich warunkach właśnie w murach klasztoru. Po chwili zadumy ruszyliśmy dalej, wkraczając na rozświetloną ciepłym, lipcowym blaskiem polanę, mijając położoną u jej wejścia niewielką kamienną kapliczkę NMP, ze złożonym u Jej stóp pękiem niedużych krzyży sporządzonych z patyków. Dalej przed nami rozpościerał się przepiękny widok usytuowanego na wyniosłości klasztoru, z charakterystyczną wieżą telewizyjną w tle. Przemierzając kwieciste błonia minęliśmy skupisko wotywnych krzyży uczestników świętokrzyskich edycji Ekstremalnej Drogi Krzyżowej oraz osobliwy pomnik przyrody ku czci św. Jana Pawła II – młody dąb, wyhodowany z żołędzia pochodzącego z najstarszego w Polsce dębu „Chrobry” i nasadzony w 2006 roku.

Wczoraj i dziś, czyli benedyktyni i oblaci

Idąc dalej przekroczyliśmy klasztorne mury przestępując progi stylowej bramy, kierując się kamiennymi schodkami ku najstarszemu w Polsce sanktuarium. To miejsce szczególne, do którego podążali polscy królowie i lud Polski. Magnesem była i jest w dalszym ciągu relikwia drzewa chrystusowego. Do dziś nie jest do końca pewne, kto i kiedy ufundował opactwo benedyktyńskie na Łyścu i skąd przybyła relikwia. Wśród wielu opowieści, faktów i legend, pojawiają się różne hipotezy. Według jednej fundatorką była Dąbrówka, według innej Bolesław Chrobry. Najprawdopodobniej jednak obiekt powstał na początku XII wieku za sprawą Bolesława Krzywoustego. Klasztor był wielokrotnie niszczony i plądrowany, a gromadzone zabytki duchowe i materialne benedyktynów grabione i niszczone. Ostatecznie został skasowany w 1819 roku. Były to najtrudniejsze lata dla tego miejsca. W części klasztoru zorganizowano więzienie, a w okresie II wojny światowej obóz zagłady. Jednym z reliktów tych czasów jest właśnie wspomniany wcześniej cmentarz radzieckich jeńców, położony na największej śródleśnej polanie Świętego Krzyża – Bielniku.

Od 1936 roku gospodarzem obiektu jest Zakon Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. To z ich inicjatywy w 2013 roku kościół pw. Świętego Krzyża zyskał status bazyliki mniejszej, a w roku 2014 została odbudowana wieża kościelna, zniszczona doszczętnie przez Austriaków podczas działań wojennych w 1914 roku. Jest ona obecnie udostępniona turystom i stanowi znakomity punkt widokowy. Gospodarze prowadzą również od 1977 roku wystawę. W dwóch salach pokazana jest najstarsza historia tego miejsca i ukazane są czasy poniżenia i zniszczeń, które dotknęły klasztor świętokrzyski. Trzecia sala poświęcona jest obecnym gospodarzom, historii założenia zgromadzenia i misjom prowadzonym przez zakonników w przeróżnych zakątkach świata.

To święte miejsce, skrywające w swojej historii wiele tajemnic i tragicznych wydarzeń, rozpoczęliśmy zwiedzać od podziemi kryjących – ku naszemu zaskoczeniu – kryptę księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Któż z nas nie pamięta sylwetki tego wybitnego, acz kontrowersyjnego nieco ojca polskiego rycerstwa z okresu Rzeczypospolitej nękanej wzbudzanymi na dalekich wschodnich kresach kozaczymi buntami, tak barwnie opisywanymi przez Sienkiewiczach na kartach pierwszej części trylogii.

Zwiedzanie, spotkanie, modlitwa

Po wyjściu z krypt nasze kroki skierowaliśmy ku sanktuarium. Tutaj kolejne zdziwienie. Pośród klasztornych korytarzy przypadkowo napotkaliśmy przebywającego właśnie w tych stronach ks. Jacka Hermę z Międzynarodowego Centrum Ewangelizacji Ruchu Światło-Życie w Carlsbergu. Chwil owego spotkania i okazji do radosnej, choć krótkiej rozmowy, nie omieszkaliśmy uwiecznić wspólną, świętokrzyską fotografią, po czym ruszyliśmy dalej, do kaplicy z relikwiami Świętego Krzyża. Modlitewnemu zanurzeniu z pewnością sprzyjał fakt przebywania w uświęconym miejscu historycznym, decydującym o etymologii nazwy tego najstarszego w Polsce i Europie, położonego w centralnej części Wyżyny Kieleckiej masywu górskiego.

Następnie dane nam było zwiedzić wystawę klasztorną. Niemałe wrażenie zrobiła na nas wizualizacja misyjnego zasięgu tego maryjnego zgromadzenia oraz bogata kolekcja eksponatów z przeróżnych części świata - praktycznie od śnieżnej, skutej lodem Laponii, po gorące stepy Australii. 

Słoneczny, gorący acz parny dzień stwarzał niezłe warunki do podziwianiu malowniczego krajobrazu roztaczającego się wokół prastarych wzniesień, z należnym szacunkiem określanych mianem górskiego pasma. Wykorzystaliśmy więc możliwość wejścia na platformę widokową ponad 30-metrowej wieży, odbudowanej po prawie 100 latach od momentu jej zniszczenia. Przy dobrej przejrzystości powietrza z wieży można zobaczyć odległe o około 200 kilometrów Tatry. Niestety, strojna w mgiełkę aura pozbawiła nas tej przyjemności. Ciekawostka: zamontowany na szczycie wieży hełm waży około 30 ton, a w poświęceniu budowli w 2014 roku uczestniczył metropolita szczecińsko-kamieński ks. abp Andrzej Dzięga (były ordynariusz diecezji sandomierskiej, w której sanktuarium jest położone). W swojej homilii podkreślił wówczas, że już ponad 1000 lat temu ówcześni mieszkańcy tych ziem rozpoznawali wzniesienie, gdzie powstało sanktuarium, jako „szczególnie przez Boga przygotowane do kultu, wyciszenia, do spraw duchowych”.
- I tu Drzewo Krzyża Świętego zostało zakotwiczone na polskiej ziemi. Krzyż wpisany w to miejsce sprawił, że tutaj wyrosło pierwsze sanktuarium narodowe. Ten klasztor prowadzi naród, gdy jeszcze nie było światła Jasnej Góry – tu była kotwica na różne działania narodu i państwa. Jest też kotwicą na dzisiejszy czas i na przyszłość – mówił abp Dzięga.

Schodząc z nowoczesnej wieży, łagodnie zestrojonej pod względem architektonicznym z klasztorną zabudową świątynną, przepełnieni byliśmy olśniewającym pięknem otaczającego krajobrazu, tym subtelnym walorem skrywającym Bożą troskę o wszystko, co człowiekowi potrzeba tu na ziemi…

Gołoborza pośród fal (radiowych)

Turystycznym dopełnieniem wędrówki dnia było oczywiście „zdobycie” naturalnego szczytu Łyśca oraz pragnienie ujrzenia intrygującego zjawiska krajobrazowego – gołoborza. W tym celu pozostawiliśmy za swoimi plecami świętokrzyski klasztor i ruszyliśmy w górę, mijając podczas tej krótkiej drogi charakterystyczną, 157-metrową wieżę Radiowo-Telewizyjnego Centrum Nadawczego „Święty Krzyż”. Została ona wybudowana w 1966 roku. Emitowany z niej sygnał radiowy oraz telewizyjny pokrywa całe województwo świętokrzyskie i spore fragmenty województw ościennych: podkarpackiego, łódzkiego, małopolskiego, lubelskiego i śląskiego. Lokalizacja nadajnika umożliwia odbiór sygnału radiowego blisko 2,5 mln odbiorcom. Jest to jeden z najlepszych, pod względem powierzchni pokrycia sygnałem, obiektów nadawczych w Polsce i w Europie Środkowej. Naszą uwagę zwróciła staranność wykonania leciwej konstrukcji oraz estetyka utrzymania peryferyjnego zaplecza technicznego urządzenia. 

Nie to jednak było celem wędrówki. Zatem skierowaliśmy się jeszcze dalej, kierując swe kroki ku drewnianej „bramie do lasu”, w której przywitał nas umundurowany, uzbrojony w gitarę strażnik leśny, udzielając niezbędnych informacji oraz kasując przy okazji nabyty u podnóża Łysej Góry bilet wstępu. I znów krótka ścieżka pośród drzew, prowadząca wprost na solidny, przestronny, metalowy taras widokowy, bezpośrednio zakotwiczony nad rozległym, skalnym gołoborzem. Księżycowy krajobraz – biorąc pod uwagę kamieniem usypany wyżynny masyw. To „gołe od boru” miejsce położone na zboczu, pokryte tzw. rumoszem skalnym, wymownie obrazuje istotę określenia „Łysogóry”. Kurczące się wskutek roślinnej inwazji gołoborza, stanowią póki co dobrą okazję do lepszego zrozumienia przyrodniczego zjawiska, tzw. wietrzenia mechanicznego. Również i w tym miejscu przed naszymi oczyma roztaczał się przepiękny widok. Górsko-lesiste wyspy otaczały kraciaste odmęty morza pól i poletek, upstrzone kolorowymi zabudowaniami wiosek i miasteczek, połączone drogową siecią niczym w układzie krwionośnym, tworząc pozornie nieuładzoną kompozycję, zlewającą się jednak w barwny, współgrający krajobraz.

Między kroplami deszczu

Posiliwszy się kilkoma aromatycznymi, smakowicie słodkimi malinami leśnymi, odtrąbiliśmy sygnał (nie radiowy) do powrotu. Schodząc ze szczytu Łyśca wstąpiliśmy jeszcze na klasztorną kawę i ciastko. Siedząc pod darzącą upojnym chłodem ścianą wewnątrz klasztornego dziedzińca z nutką niepokoju spoglądaliśmy w niebo, które z wolna zasnuwała ołowiano-brunatna otchłań, wieszcząc zbliżającą się letnią ulewę. Wracamy! Schodząc dziarsko w dół raz jeszcze rzuciliśmy spojrzenie na przepiękny, wieńczący prastare wzniesienie sakralny przybytek. Nieme pożegnanie zakończyło dzienną przygodę. Na powrotnym szlaku towarzyszył nam już tylko deszcz…

Adam Szewczyk

Kategoria: