Bądźcie światłością świata

 

Oaza Rodzin I stopnia (2011 rok)

W drugim turnusie wisełkowy dom rekolekcyjny przy parafii św. Józefa Opiekuna Rodzin zgromadził tych, którzy chcieli przeżyć Oazę I stopnia. Rekolekcje prowadził ks. Rafał Szutra a wspomagał go diakon Tomasz Gruszto. Do Wisełki przyjechały rodziny ze Szczecina, Stargardu Szczecińskiego, Krakowa, Warszawy, Wrocławia oraz z Arnhem (Holandia).

W czasie, gdy my odkrywaliśmy ogrom Bożej miłości, którą Pan rozlewa w nasze serca Ula i Ania (Strachota) świetnie przybliżały gromadce naszych maluchów Pana Boga. O tym, czego doświadczyliśmy w tym szczególnym czasie opowiada krótki FILM nagrany przez jednego z uczestników oraz świadectwa. Pozdrawiamy w Panu.

Gosia i Tomek Kasprowicz

 

Na rekolekcje ONŻ I w Wisełce jechaliśmy pełni ciekawości, czego to jeszcze nowego możemy się dowiedzieć, skoro tak wiele prawd już odkryliśmy. W sumie przecież nie trzeba nigdzie wyjeżdżać: w domu przed komputerem czy też w fotelu można o wielu rzeczach się dowiedzieć samemu.

A jednak stało się coś czego w sumie nie przewidzieliśmy - na Oazie mieliśmy czas zatrzymać i nad swoim życiem i zobaczyć, że z pozoru ułożone przez nas plany życiowe są jedynie zwykłym marnym murem niczym ten, który otaczał Jerycho. Wystarczy kilka dni, żeby wszystko zostało zdmuchnięte i ukazała się goła prawda, że człowiek zakochany w Panu Bogu musi być otwarty na Jego działanie.

Zrozumieliśmy, że Jezus ma być naszym Panem, a nie ochroną dla naszych planów. Mamy być jak "lampa", która napełniona Miłością Bożą, może świecić i wskazywać drogę do zbawienia, do Jezusa. Gdy ta "lampa" zostanie zamknięta, przysłonięta, sama z siebie nie będzie w stanie dawać światła, a raz napełniona wygaśnie z braku dostawy paliwa. Należy też pamiętać, że raz otwarte serce dla Jezusa z czasem może zostać ponownie zamknięte. Nie mogę sobie powiedzieć, już się otworzyłem i jest dobrze. Dla mego własnego trwania w Bożej obecności i aby być świadkiem dla innych, każdego dnia muszę otwierać pokrywkę swej lampy, aby przez modlitwę i czytanie Pisma Św. napełniać się Bożę Miłością.

Rekolekcje w Wisełce pokazały nam też, że człowiek to istota emocjonalna, która musi się nauczyć rozpoznawać emocje, interpretować i wykorzystać do przemiany siebie. Czy zostaliśmy odnowieni? To były te rekolekcje, o których nie da się zapomnieć. Wewnętrzne przeżycie spotkania z Jezusem sprawiło, że zauważyliśmy, iż nasze wspólne relacje małżeńskie także należy odnowić, odmłodzić.

Bądźcie Światłością Świata.
Ania i Tomasz Karawajczyk

 

Nasze zranienia, braki, to w czym nie dostajemy, mogą być miejscem naszego szczególnego spotkania z Chrystusem, o ile otworzymy się na Jego miłość – tak chyba w największym skrócie można oddać to z czym powróciliśmy do domu z rekolekcji Domowego Kościoła I stopnia w Wisełce. Wciąż odkrywamy owoce tego błogosławionego czasu. Dla nas był to czas stawania przed Panem z pustymi rękami i proszenia o jego dary, proszenia o Ducha Świętego. Czas stawania w prawdzie i zdzierania masek. Czas uzdrowienia i doświadczenia ogromnej Bożej miłości.

Dziękujemy Panu za to, że w tym błogosławionym okresie rekolekcji wzbudzał w nas pragnienie siebie, że została nam dana ta łaska kierowania owego „pragnę” w stronę Pana. Bez tego nic nie byłoby możliwe.

Jechaliśmy na rekolekcje po trudnym roku pełnym prób poprawy naszych małżeńskich relacji. Borykaliśmy się z ogromnymi problemami we wzajemnej komunikacji, a także indywidualnymi słabościami, które te wzajemne relacje niszczyły. Liczyliśmy, że rekolekcje staną się dla nas prawdziwą oazą po roku wykańczającej bieganiny w codzienności, która powodowała, że wciąż mijaliśmy się, nie mając czasu dla siebie i coraz mniej oddając go Panu Bogu.

„Na rekolekcjach nie trzeba robić wiele, trzeba po prostu pozwolić działać Jezusowi” – stwierdziła para moderatorska na zawiązaniu wspólnoty. Wciąż mamy w pamięci te słowa. Pozwoliliśmy działać Panu, który chciał nam pomóc właśnie w czasie tych rekolekcji. Do Wisełki trafiliśmy przypadkowo, mieliśmy jechać pierwotnie gdzie indziej. Po pierwszej konferencji ks. Rafała, moderatora oazy, w której tak bardzo głęboko dotknął on konkretnie naszych małżeńskich problemów, aż nas ciarki przeszły po plecach, bo dostrzegliśmy, że mieliśmy przyjechać właśnie w to miejsce, do tych ludzi, że te rekolekcje w szczególny sposób są skierowane do nas. To Pan wybrał czas i miejsce.

Mimo podania na tacy tak wielu cennych dla nas treści, nie było łatwo. Pierwsza próba rozmowy o naszych problemach zakończyła się kłótnią. Potem zrezygnowaliśmy z „wielkich rozmów”, raczej posyłaliśmy sobie krótkie zdania, refleksje o tym, czego doświadczamy. Szczególnie ja liczyłam przed przyjazdem na rozmowy z mężem i bardzo dziękuję Panu za pokój, który wlał w moje serce mimo fiaska tych pierwszych rozmów.

Trzeba wierzyć, że MOŻEMY zmieniać nasze małżeństwa, lepiej się rozumieć, być bliżej siebie. Pan działa, dokonuje rzeczy niemożliwych, ale potrzebuje naszego otwarcia. Potrzebuje naszej nadziei i wiary, że jest z nami w najtrudniejszych chwilach i chce pomagać.

Najpierw ja otworzyłam się na rozmowę z księdzem, mimo tego, że uważałam, że to Piotr powinien porozmawiać pierwszy. Decyzja o tej rozmowie to był impuls, a to ta rozmowa rozpoczęła proces otwierania się nas na siebie nawzajem, szczególnie otwierania się Piotra. Dzięki tej rozmowie i modlitwie księdza, nasz dialog małżeński, który odbył się następnego dnia był najlepszym w naszym życiu i Pan pozwolił nam dotknąć problemów, których nigdy wcześniej nie dotknęliśmy. Otworzyliśmy się na rozwiązania, które wcześniej odrzucaliśmy. Także nie było łatwo. To nie była prosta rozmowa. Był moment, że chcieliśmy przerwać dialog i poprosić o pomoc księdza. Dla kogoś może wydać się niezrozumiałe, śmieszne, że tak przeżywamy ten małżeński dialog, ale w obliczu naszych problemów z komunikacją to był prawdziwy przełom, który tchnął w nas wiarę w to, że potrafimy ze sobą rozmawiać. To było także szczególne doświadczenie małżeńskiej miłości. Tego, że się po prostu się kochamy. W tym całym polepszaniu naszych relacji przed rekolekcjami chyba za dużo było takiego technicznego podejścia – zrobimy to i to, osiągniemy to i to. Gdy nie wychodziło, przychodziła frustracja. Za mało było oddawania naszych słabości Bogu i zwykłego otwierania się na siebie, na wzajemne potrzeby, wrażliwość serca, którą wzbudził w nas Pan Bóg podczas tych rekolekcji. Owoców tego daru doświadczamy po powrocie do domu. Naprawdę jest inaczej. Czujemy, że zostało nam coś dane zupełnie za darmo, z czystej miłości do nas. Niesiemy ten skarb w glinianych naczyniach, ale z wielką troską.

Kolejne dni rekolekcji, rozmowy z księdzem, kolejne konferencje utwierdzały nas w postanowieniach – potrzebujemy kierownika duchowego i musimy w naszym życiu oddać więcej czasu Panu Bogu w Namiocie Spotkania. Jesteśmy wierni tym postanowieniom. Rekolekcje pozwoliły mi dostrzec jak bardzo osobiście zamknęłam się na dar modlitwy i jak wielką raną stało się to w moim codziennym życiu, choć przecież tak mało dawałam Panu rzekomo dla mojego dobra – czas, który zabierałam Bogu miał mi pomóc odpocząć, spędzić lepiej czas z dziećmi itd.

Postanowienia to konkretny owoc naszych rekolekcji, jednak to czego doświadczyliśmy przede wszystkim to spotkanie z żywym Jezusem, który JEST. Kocha nas. Chce być w naszych sercach, rodzinach na pierwszym miejscu, a wtedy dokonuje cudów. Przyjdź Panie, przyjdź Duchu Święty, ulecz, bądź z nami w tym co trudne – prosiliśmy podczas przepięknej modlitwy wstawienniczej, która była dla nas pieczęcią Ducha Świętego na zakończenie tego błogosławionego czasu tak głęboko przeżytego we wspólnocie (także wierzymy w wielkie owoce tej modlitwy). To „przyjdź” chodzi za nami cały czas po powrocie do domu. Przyjdź Ojcze, przyjdź Jezu, przyjdź Duchu Święty. Pragniemy należeć do Ciebie. Ty, Boże, jesteś pierwszym zaproszonym do wszystkich chwil naszych dni, na wszystkie drogi naszej codzienności. To w Wisełce dotarło do nas, że w niedoskonałościach naszego małżeństwa Jezus daje spotykać się w sposób szczególny. Nigdy Bóg nie był tak blisko nas jak właśnie w Wisełce, choć wcześniej chyba uwierzyliśmy, że Bóg żyje w „rodzinach doskonałych” i my też tacy już teraz musimy się stać, aby świadczyć o Jego miłości.

Za to wszystko czego doświadczyliśmy w Wisełce, za posługę diakoni rekolekcyjnej, za świadectwo życia każdego z uczestników, chwała Panu.

Beata i Piotr

Ania:

Jesteśmy małżeństwem od kwietnia 2010 roku, w kręgu Kościoła Domowego – od listopada 2010 roku. W dniach 12-28 lipca przeżywaliśmy w Wisełce rekolekcje Oazy Nowego Życia I stopnia. Jeszcze przed wyjazdem prosiliśmy Boga, by był to owocny czas dla każdego uczestnika, by nikt nie wrócił stamtąd nieprzemieniony. Modliliśmy sie także za – nieznaną nam jeszcze – „ekipę”, która miała poprowadzić te rekolekcje.

I rzeczywiście był to czas błogosławiony, obfitujący w wiele łask. Ufamy, że dla wszystkich z nas.

Jechaliśmy z otwartymi sercami, ale zastanawialiśmy się, co tak długo, bo aż ponad dwa tygodnie, będziemy robić na tych rekolekcjach, czy przypadkiem ich program nie będzie sztucznie rozwleczony. I Pan nas miło zaskoczył – okazało się, że wszystko jest tak poukładane, łącznie z dyżurami, że czasu na nudę nie było.

Im bliżej byliśmy końca, tym bardziej nie chciało mi się wracać do domu. Stworzyliśmy wspaniałą wspólnotę, w której na odległość wyczuwało się jedność.

Byłam urzeczona naszą parą prowadzącą – Gosią i Tomkiem – oraz naszymi ojcami duchownymi: ks. Rafałem i diakonem Tomkiem. Trafiały do mnie ich homilie i konferencje, jak również świadectwa i opinie samych uczestników. Bardzo mocno przeżyłam pierwszą Mszę św. Uświadomiłam sobie wtedy, jak bardzo jestem skupiona na sobie, na swoich problemach, jak bardzo próbuję kombinować, liczyć na własne siły, jak boję się oddać w całości Panu Bogu. Wsłuchując się w słowa homilii czułam, że coś we mnie pęka, czułam jak Bóg mocno puka do mego serca i pragnie wejść w moje ciemności. Przez prawie całą Eucharystię miałam wtedy łzy w oczach.

Szczególnie mocno doświadczyłam Bożej miłości również w czasie odnowienia przysięgi małżeńskiej, w czasie której ogarnął mnie … jeden wielki płacz i poczułam wtedy bardzo mocno w moim sercu, że Bóg jest ze mną, że był w całej historii mojego życia, że jest teraz w moim małżeństwie. Moje łzy były dla mnie dużym zaskoczeniem. Przyznam, że przed odnowieniem przysięgi przez moją głowę przemknęła taka oto pyszna myśl: „Pobraliśmy się zaledwie rok temu i już mamy odnawiać przysięgę? Chyba nawet za bardzo nam nie wypada – zwłaszcza że wszystkie pozostałe małżeństwa mają dłuższy (kilku- lub kilkunastoletni) staż od naszego!”. A tu okazało się, że niesamowicie to przeżyłam.

Kolejnym szczególnym dla mnie wydarzeniem była modlitwa wstawiennicza, kiedy to miałam ogromne pragnienie modlić się na głos praktycznie za każdą osobę, która poprosiła naszą wspólnotę o tę modlitwę. Zaznaczę tu od razu, że mam jeszcze dość spore trudności, by głośno się modlić przy tylu osobach. Poprosiłam wtedy Ducha Świętego, by to On wkładał swoje słowa w moje usta, by to On mnie prowadził na tej modlitwie, by zabrał mi wszelką pychę i chęć bycia potem chwaloną za piękne modlenie się. I tak lekko mi było wtedy na tej modlitwie! Chwała Panu!

Ponadto niezależnie od siebie poczuliśmy, że nadarza się okazja do rozpoczęcia współpracy z kierownikiem duchowym. Ks. Rafała, który ośmielał nas swoją otwartością na Ducha Świętego i gotowością służby człowiekowi, także „zacięciem psychologicznym”, poprosiliśmy, by nas prowadził na tej trudnej – ale jakże pięknej i pasjonującej – drodze poznawania (rozumienia) siebie i współmałżonka, a tym samym zbliżania się do Boga. Jesteśmy już po pierwszych spotkaniach; staramy się teraz podejmować trud „wchodzenia” w swoje emocje, przeżycia.

Po tych rekolekcjach zrozumiałam również to, że za mało mówię mojemu mężowi o tym, co przeżywam w swoim wnętrzu, o moich uczuciach, przemyśleniach. Uświadomiłam też sobie, że dość często chcę kontrolować Piotra. I oto mam kolejne punkty do pracy nad sobą. W naszym codziennym życiu, po rekolekcjach, pojawiły się już chwile, kiedy musiałam wejść w przykre uczucia, przyznać się do błędu, zmierzyć się z moimi niespełnionymi oczekiwaniami. I oddać to wszystko Bogu. Nie jest to łatwe zadanie, ale ufam, że z Panem wszystko jest możliwe. Pragnę zmieniać się, podejmować kolejne reguły życia i proszę Boga, by to wszystko było Jemu miłe, bym nie wpadła w pułapkę dążenia do samodoskonalenia się.

Owocem rekolekcji jest też i to, że codziennie rano zasiadamy do medytowania Pisma św. Potem, zazwyczaj przy śniadaniu (mamy to szczęście, że możemy sobie, przynajmniej na razie, pozwolić na wspólne śniadania), dzielimy się naszymi refleksjami – tym, co zostało zasiane w naszych sercach. Mimo że jesteśmy dopiero po pierwszym roku formacji przygotowawczej w DK, to już chcemy podjąć comiesięczny dialog małżeński. Termin na ten miesiąc już wyznaczyliśmy. Wspomnę, że wspólną modlitwę praktykujemy od początku – tzn. odkąd zaczęliśmy się spotykać jako para. Jesteśmy wdzięczni za każdą modlitwę w naszej intencji (w tym także w intencji potomstwa – byliśmy na rekolekcjach jedynym małżeństwem bezdzietnym), za każdy uśmiech, za okazaną serdeczność i życzliwość.

Proszę Boga o odwagę i siłę, by wytrwać na drodze ciągłego umierania dla grzechu i egoizmu. Ufam, że jest to jedyna droga, która prowadzi do życia.

Panie Jezu, proszę pomóż mi wejść w tajemnicę krzyża.

PS. Przyznam, że jeszcze do dziś (a minęły blisko trzy tygodnie od naszego powrotu do domu) mam sny dotyczące wydarzeń na rekolekcjach, sny, w których spotykam się z osobami tam poznanymi, sny, w których biorę udział w różnych modlitwach. Śnię tak prawie codziennie.

Piotr:

Bardzo żałowałem, że przed wyjazdem do Wisełki nie zdążyłem załatwić odpowiedniego bagażnika na rowery. Wyobrażałem sobie, że podczas tak długich rekolekcji na pewno będzie dużo wolnego czasu i że to przede wszystkim właśnie na ten czas trzeba się jakoś przygotować... Po przyjeździe szybko się jednak przekonałem (ucieszyłem!), że program rekolekcji jest zarówno bardzo intensywny, jak i bardzo ciekawy. Atrakcji na niezbyt długie „pasmo” czasu wolnego było też na tyle dużo, że z rowerów praktycznie byśmy nie skorzystali.

A jeszcze się okazało, że nad morze prowadziła – z naszej bazy kwaterunkowo-formacyjnej (przy kościele i plebanii w Wisełce) – dzika ścieżka leśna, w sam raz na kwadrans nastrojowego spaceru (przed wyjazdem martwiłem się właśnie tym oddaleniem od morza). A jaka witała nas na końcu tej ścieżki plaża! Zawsze niemal bezludna (nie licząc „swoich”)!

Atutem miejsca naszych rekolekcji – oprócz spokoju i pięknego położenia – był także otwarty całą dobę kościół parafialny (chwała ks. proboszczowi za tę „otwartość”!).

Niewątpliwie złe były natomiast moje pierwsze wrażenia z przydzielonego nam pokoju. Gdzie my rozpakujemy te wszystkie zabrane rzeczy? Gdzie ja powieszę swoje liczne koszule? Nawet sznurka nie było za bardzo do czego umocować! Przez pierwsze dni, przyznaję, wściekałem się, bo co rusz nie mogłem czegoś znaleźć. Ale potem nauczyłem się funkcjonować w tej ograniczonej przestrzeni. Dowiedzieliśmy się, że nasza para prowadząca mieszkała kiedyś w tym pokoju. Tyle że jeszcze z dwójką dzieci!

Za to na smaczne śniadania i kolacje mieliśmy bardzo bardzo blisko: wychodziliśmy (a raczej wpadaliśmy) wprost na nasze miejsca przy stole (na obiady – również smaczne, imponujące bogatą paletą zup – chodziliśmy do pobliskiego ośrodka). Kolacje stawały się z upływem turnusu coraz smaczniejsze i bardziej wyrafinowane, bo dyżurni „się rozkręcili” – może robiąc dobry użytek z nie najlepszej pogody.

Tomek i Małgosia (para prowadzących) ujęli mnie pierwszego poranka tym, że już około 6.00-6.30 – jeszcze przed przybyciem osób dyżurnych – krzątali się w kuchni. I tak było bodaj przez cały turnus.

Musiał się podobać również ich sposób prowadzenia różnych spotkań – dzielenie się własnymi doświadczeniami, a zarazem aktywizacja uczestników. Było czego słuchać! Niby to był pierwszy stopień, ale uczestnicy byli podejrzanie zaawansowani w DK (oprócz nas) i w ogóle tacy – mimo młodego wieku – doświadczeni, mądrzy, inteligentni... A jak inteligentni, to i ze świetnym poczuciem humoru!

Gdy przed przyjazdem do Wisełki dowiedzieliśmy się, że rekolekcje poprowadzi niejaki ks. Rafał Szutra, szukaliśmy o nim informacji w internecie. Na zdjęciu rozpoznałem kapłana, który parę tygodni wcześniej uczestniczył we mszy z egzorcystą o. Rufusem Pereirą (w kościele u Pallotynów). Wzbudził wtedy moją sympatię tym, że pod koniec rozdawania Komunii św. jako jedyny z dość licznego grona kapłanów „gimnastykował się” z powodu zbyt małej ilości Eucharystii.

Jakże miłe było moje zaskoczenie w Wisełce, gdy się okazało, że ks. Rafałowi bliska jest wspólnota Przymierza Miłosierdzia. Z PM jesteśmy z żoną związani około 2,5 roku, czyli dłużej niż z DK. Dla mnie był to bardzo cenny znak, że – będąc jednocześnie w PM i w DK – nie łapiemy (na razie!) zbyt wielu srok za ogon.

Przy okazji dodam, że Bóg podarował nam jeszcze jedną niezwykłą „unię personalną”. Oto ks. Marek Borowski, mocno związany z Neokatechumenatem, posługujący wcześniej we wspólnocie, w której byłem ja, a teraz we wspólnocie, w której była Ania, zaszedł – jak wiadomo – na sam szczyt polskiego… DK. To z kolei znak, że nasze poszukiwanie (wspólne – nomen omen – uzgadnianie) wspólnoty nie było przysłowiowym przeskakiwaniem z kwiatka na kwiatek.

Jednego dnia ks. Rafała odwiedziły dwie misjonarki PM Andżelika i Anne (Brazylijki) wraz z tłumaczką Misią. Po kolacji zaproponowały indywidualną (małżeńską) modlitwę wstawienniczą, z której skorzystała większość uczestników. Cóż, byłem dumny z „naszych” misjonarek, gdy ludzie dzielili sie mocnymi a dobrymi doświadczeniami tej modlitwy.

I dla mnie – podobnie jak dla Ani – ważnymi momentami na rekolekcjach było odnowienie przysięgi małżeńskiej oraz ta „ogólnowspólnotowa” modlitwa wstawiennicza. Przysięgę przeżyłem bodaj głębiej (bo „na materiale” naszej dotychczasowej małżeńskiej drogi, a zarazem spokojniej) niż tę „pierwszą”. Podczas modlitwy wstawienniczej usłyszałem z kolei wiele ciepłych słów pod moim adresem. Trochę się wzruszyłem, bo było to jak zapewnienie Boga o Jego miłości.

Podczas rekolekcji odbyliśmy z Anią trzy poważne rozmowy: dwie pierwsze – z własnej inicjatywy, ostatnią – jako „dialog małżeński” będący punktem programu (był to zresztą dopiero nasz pierwszy dialog w formule DK). Mogłem się przekonać, że ranię Anię swoją niekontrolowaną szczerością, nie mówię jej rzeczy, które budują, pomagają w rozwoju, lecz takie, które przygniatają. Już parę miesięcy temu misjonarka Andżelika po modlitwie nade mną powiedziała mi, że mam skłonność do ranienia mojej żony (wtedy nie widziałem tego wyraźnie); jednocześnie zalecała nam kierownictwo duchowe. No i kierownictwo duchowe się znalazło…

Ks. Rafał bardzo dużą wagę przywiązuje do emocji – by uczyć się właściwe je odczytywać i wykorzystywać, a żadnej nie traktować jako „złej”. Wspomnę o jednym spośród takich właśnie – doznawanych na rekolekcjach – uczuć, które dawały i wciąż dają mi do myślenia. Była to mianowicie złość na inne małżeństwa (może też zazdrość wobec nich), że chciało im się tak długo razem przesiadywać wieczorami zamiast samotnie (we dwoje) delektować się spokojem, gdy śpią już ich dzieci. Nie będę jednak tego uczucia komentował, bo „się zaplączę”. Wspomnę tylko, że chcę i potrafię się w grupie szczerze i głęboko modlić czy dzielić osobistym doświadczeniem, ale jednocześnie unikam wchodzenia w relacje towarzyskie. W kontaktach wspólnotowych jestem (zanadto) rzeczowy.

Po rekolekcjach dzieliłem się naszej koleżance z innego kręgu, że wobec tak długiej i intensywnej formacji rekolekcyjnej tym bardziej razi mnie rzadki rytm spotkań w ciągu całego roku. Udzieliła mi bardzo prostej, ale trafnej odpowiedzi: „sama nazwa wskazuje – to jest Kościół domowy”. Po rekolekcjach życzę więc sobie przede wszystkim owocnej i wytrwałej pracy własnej, pracy „w domu”.

Anna i Piotr

 

Kategoria: